NIE LUBIĘ...
Często w listach czy rozmowach telefonicznych, czytelnicy
(lub rozmówcy), zadają mi pytania, które kwalifikują się do nadto
osobistych. Na wszelkie możliwe tematy. Pytania są na ogół wścibskie.
Czasem retoryczne. Najczęściej jednakże podchwytliwe. Dlaczego? Nie wiem.
Zdarzają się pytania rozsądne i bywają też tak głupie, że aż wierzyć się
nie chce, że zadaje je osoba przedstawiająca się jako magister inżynier.
Czasami odpowiadam na nie wyczerpująco, czasami przemilczam w ogóle. W zależności
od samopoczucia w tym momencie i kalibru pytania.
Zbliża się koniec roku. Postanowiłam przeprowadzić
duchowy remanent, oczyścić trochę moralne konto i odpowiedzieć na kilka pytań,
których dotąd ”nie omówiłam”. Aby nie marudzić, ograniczę się do pytań,
z których jestem najczęściej sondowana, a mianowicie: co lubię a czego nie
lubię. Nie wiem dlaczego właśnie z tego jestem najczęściej przepytywana.
Czyżby to było aż tak ważkie? Ciekawe jako objaw. Dzisiaj ”zeznam”,
wyliczę częściowo, czego nie lubię. Może w przyszłości uniknę dalszych
indagacji. A więc:
NIE LUBIĘ kiedy nieznajomi ludzie pytają mnie o wiek.
Czytając uważnie moje felietony - nie trudno się domyślić. Jednakże pytający
wystawia tym sobie świadectwo niewyrobienia towarzyskiego. Albowiem to pytanie
jest pierwsze na liście WIELKICH nietaktów, i to pod każdą szerokością
geograficzną. Zresztą, z czasem, wypracowałam sobie ripostę, której naśladowanie
polecam każdej pani w podobnej sytuacji. Kiedy gruboskórnik pyta o wiek,
odpowiadam pytaniem na pytanie, krygując się przy
tym niemiłosiernie (jeśli
to telefon): no, a ile pan mi daje?
Do pana czasem dochodzi, że wyskoczył jak Filip z konopii. Pan stara się
zatrzeć przykre wrażenie. Pan nagle pragnie być gentlemanem (za późno,
kwiatku, za późno!) i mówi, że sądząc po głosie, (czy też fotografii w
prasie), jestem panią w kwiecie wieku. I pewnie ażeby sprawić mi komplement,
prawie ZAWSZE w odpowiedzi zaniża mój wiek mniej-więcej o 10 lat. Ja wtedy
szybciutko i słodziutko kwilę: dziękuję. Biorę. Gwarantuję, że repliki nie będzie.
NIE LUBIĘ hipokryzji. Nie lubię ludzi, którzy jedno myślą,
drugie mówią a jeszcze trzecie robią. Jak każdy człowiek, nie lubię kiedy
robią mi wodę sodową z mózgu. Kiedy zapewniają mnie o czymś żarliwie a ja
wiem ponad wszelką wątpliwość, że w istocie jest zupełnie inaczej. Skoro
uważają, że jestem słodka-idiotka, to po co ze mną dyskutują? Śliny
szkoda. Ich i mojej.
NIE LUBIĘ w zasadzie spowiadać się z moich "like'ów
i dislike'ów". I tłumaczyć się pani Psipsińskiej, dlaczego ja nie
latam na koncerty muzyki klasycznej. Względnie operowej. Bo na ostatnim
koncercie w LAC, znowu mnie nie widziała. Odpowiedź jest prosta jak drut. Ja
kocham jazz i muzykę popularną. Nie mam sił, ani nie chce mi się po raz
setny uświadamiać wszystkie panie Psipsińskie, że upodobania muzyczne nie są
wykładnikiem inteligencji ani nie świadczą o kulturze. Czy jej braku. Ja mam
po prostu inne od niej upodobania. Kropka. Kiedyś pewien pan zaprosił mnie w
Warszawie na koncert w Filharmonii. Sto razy powtarzał, jakie to polowanie na
”koniki” był zmuszony urządzić, ażeby zdobyć bilety. Na takie dictum,
nie miałam serca mu powiedzieć, że ten rodzaj rozrywki to nie moje hobby i,
że raczej oplułabym się ze szczęścia, gdyby mnie zabrał do "Syreny".
No, ale skoro te bilety z takim trudem zdobywał, stuliłam uszy po sobie i
pokornie poszłam na koncert. Mój towarzysz z namaszczeniem rozłożył sobie
na kolanach partyturę i (acz bez batuty), ”dyrygował” zawzięcie wraz z
dyrygentem. Nawet zrobił szeptem parę uwag, że w tym miejscu miało być
inaczej. I wszystko byłoby cacy – gdybym w pewnej chwili, chcąc coś
skomentować, nie przechyliła się do niego i nie zobaczyła, że trzyma
partyturę... do góry nogami. Facet chciał mi zaimponować. Czym? Że jest
melomanem? W sumie okazał się melodurniem. Tumanem. Nigdy się z nim już więcej
nie spotkałam. W czasie moich krótkich pobytów w Polsce, szkoda mi było
cennego czasu. A już szczególnie marnowania go na muzycznych hochsztaplerach.
NIE LUBIĘ wszawych kierowców w mieście. Nie lubię i
boję się ich zarazem. Nie ma nic gorszego aniżeli kiedy wóz przede mną
pokazuje, że skręca na prawo, po czym nagle odbija pół metra na lewo ‑
ażeby faktycznie skręcić na prawo! Gdyby to ode mnie zależało, ja bym tych
kierowców wysłała na powtórny kurs i egzamin. Jeśli neptek nie potrafi
poprawnie pokonać zakrętu, jakim cudem dostał prawo jazdy? Kupił? Całkiem
możliwe. Nie tak dawno była u nas z tym wielka afera.
NIE LUBIĘ i boję się wszawych kierowców na
autostradzie. Słabo mi się robi, kiedy biedna, stara, zdezylowana ciężarówka
musi wezbrać się cała w sobie, ażeby wyprzedzić nowy, luksusowy samochód,
w którym siedzi, rozparty wygodnie, jakiś pańcio z fajką w zębach i zasuwa
z prędkością aż....70 km/godz! Jeszcze gorzej, jeśli taka cholera uparcie
”siedzi” na lewym pasie i wszyscy muszą wyprzedzać na środkowym. Ja bym
takiemu wlepiła mandat za niebezpieczną jazdę. Bowiem jazda poniżej limitu
na "niebieskiej" lub
"zielonej"
autostradzie, zalecającej 100km (a gdzie wszyscy i tak jadą co najmniej 120km,
jeśli nie więcej. Ja pierwsza, zresztą), jest niebezpieczna. I jest także
robieniem innym na nosie zyg-zyg. Przypuszczam, że taki facet jedzie powoli, bo
boi się o odpryski na pięknej, nowej karoserii. Napluć na bezpieczeństwo
innych – uważa. Plamka na
lakierze jest ważniejsza!
NIE LUBIĘ ludzi, którzy muszą wejść na chodnik akurat
w tym miejscu, z którego jak się właśnie usiłuję wyparkować. Tak jakby
przejście o metr dalej, za następnym, ale nieruchomym, wozem było aż takim
wielkim wysiłkiem. Bezmyślność nie boli. Dla niektórych jest po prostu drugą
naturą.
NIE LUBIĘ "kanapolki". Pisałam o niej
niejednokrotnie. Śmieszą mnie, i denerwują zarazem, ludzie, którzy jeszcze
się po angielsku nie nauczyli a już po polsku niby zapomnieli. Do
białej gorączki doprowadzają mnie pseudo-profesjonaliści, którzy w polskich
środkach masowego przekazu reklamują swoje sklepy, firmy czy usługi. Prym
wiodą handlarze nieruchomościami. Te ich "loty", "mortgicze",
"insury", "bedrumy", "jardy" i "podłogi"
są rozbrajające. I wkurzające. Od
razu wiadomo, że sprzedawca nie grzeszy polotem. Wierzyć się nie chce, że
nie zadał sobie odrobiny trudu, ażeby przetłumaczyć na język polski
wszystkie słowa, które dotyczą jego zawodu. Z którego żyje. Czy chce
zaimponować kontrahentowi, czy chce przed nim coś ukryć? Mnie nikt nie
przekona, że "bedrum" nie może być sypialnią, "podłoga"
– piętrem, ”insura” ubezpieczeniem a "mortgicz" hipoteką.
"Pójdź dziecię - ja cię uczyć każę", napisała
Maria Konopnicka, mimo, że o
Kanadzie jej się nawet nie śniło.
NIE LUBIĘ kiedy reklama sklepu zapewnia mnie, że "obsługa
jest uprzejma". Jak
to? Czyżby przeszło im przez głowę, że mogłoby być inaczej? Gdzie? W
Kanadzie? W XXI-szym wieku? Luuudzie! Jaki wariat po
raz wtóry odwiedzi sklep, w którym obsługa jest nieuprzejma?
Tylko masochista. Lub facet, który podrywa panienkę za ladą.
NIE LUBIĘ fałszywych i celowo oszukańczych reklam! Nikt
i nic nie powstrzyma biegu czasu.
Nie ma kremu, który odmładza! Tak jak nie ma eliksiru młodości. Natomiast
jest skalpel chirurga-plastyka. Kogo na to stać, kto się będzie lepiej z tym
czuł - proponuję operację plastyczną. Nie tylko nie ma w tym nic zdrożnego,
ale przeciwnie, są to dzisiaj zabiegi powszechnie stosowane. Ba, stały się
nawet symbolem statusu! Dzisiaj w każdym większym centrum handlowym (mall) jak
grzyby po deszczu, wyrastają salony kosmetyczne. Wiele pań, w czasie przerwy
obiadowej, zamiast się posilić, wpada po parę zastrzyków ”botoxu”. Po
czym wracają do pracy a chwilowo obrzękłą twarz obnoszą niczym trofeum. Usługi
plastyka są dzisiaj normalką. Zresztą i bez plastyka – oszukujemy. Czy to będzie
farba na włosy, pasemka, peruka, sztuczne rzęsy, sztuczne zęby, akrylikowe
paznokcie, sztuczna opalenizna, zmysłowe (za pomocą kolagenu) wargi, makijaż
w ogóle, silikonowy cyc, (wypchany pod brodę zmyślnym biustonoszem.) No i
koniecznie gumowa pupa. Ażeby dżinsy lepiej leżały. Dzisiaj wszystko jest
dopuszczalne, pomoc naturze w każdej postaci, akceptowana. Znam jednego pana,
który (rzekomo) w strategicznym miejscu nosi kukurydzę. Nie sprawdzałam. Sam
się pochwalił. Twierdzi, że w namiętnym tangu cuda czyni (?!). Kto
dzisiaj tańczy tango?
NIE LUBIĘ snobów. Ludzi, którzy przy każdej możliwej
(i niemożliwej) okazji podkreślają swoje koligacje i znajomości. Po imieniu,
a nawet zdrobniale, wyrażają się o ludziach znanych, dając do zrozumienia,
że są z nimi za pan-brat. W istocie, może siedzieli na sali, kiedy pan Iksiński
wygłaszał prelekcję na temat: "Jak nie szpanować". Także, jeśli
kobity kumpla brat zna pana Iksińskiego, względnie mieszka w tej samej
kamienicy lub na tej samej ulicy - nasz snob już sobie uzurpuje znajomość. Śmieszni,
mali ludzie.
NIE LUBIĘ ludzi, którzy bezczelnie, bez mojej zgody zakłócają
mi spokój. Mam na myśli telemarketerów. Ja wiem, że dla nich jest to zarobek.
Ale dlaczego moim kosztem? Co ja z tego mam? Oprócz wystygłej kolacji? Bowiem
nagminnie właśnie o tej porze dzwonią. To też wzięłam się na sposób.
Niezawodny. Podnoszę słuchawkę. Ktoś tam zaczyna swoją gadkę. Wtedy ja świergolę
jak ptaszek, jak nakręcona katarynka: pliz? Pliz. Pliz? Aj no szpik. Pliz. Pliz?
Zapewniam, że po 10 sekundach ktoś tam powie: I am sorry i.. odwiesi słuchawkę.
Ale cudo tej mistyfikacji ma dużo dalej idące korzyści. Bowiem nasz
interlokutor od razu odnotowuje, że pod tym numerem nie "spika" się po
angielsku. Możliwe, że tego numeru nie będą sprzedawali dalej i jest szansa,
że do pół roku nasze nazwisko wyleci z ich list. Hurra!
NIE LUBIĘ polityków ani polityki. Aliści świadoma, że
umknąć im nie można, w odwecie, nie ułatwiam im życia. Jeśli mi się tylko
coś nie podoba, coś mnie oburza, natychmiast wysyłam e-mail lub faks z
obiekcjami. A niech wiedzą po co mi służą i za co ja (via podatki) opłacam
ich gaże.
NIE LUBIĘ ludzi nachalnych. Grzecznie tłumaczę, że nie
piję. (A propos, jestem abstynentką z rozsądku, nie z musu. Jak każdy rozsądny
człowiek samotny, który pragnie pozostać niezależnym.
Jeszcze dzisiaj niejednego pod stół spiję. Ja tylko nie chcę tego udowadniać.)
Lecz namolniak kieliszek nalewa. Naprzód prosi przymilnie aby się z nim napić.
Później coraz głośniej i coraz natarczywiej – wręcz żąda tego. Później,
jeśli nie pada, obraża się ciężko.
Ja wiem, że on jest wychowankiem PRL, że w nim pokutuje proste równanie:
abstynent = oczy i uszy. Ale to było "tam i wtedy" a dzisiaj jest
"tutaj i teraz". Inny świat. Apel do opojów: Spadajcie. Nie
namawiajcie. Sobie nalewajcie. A po
zatrzymaniu - na piechotę zapychajcie.
NIE LUBIĘ oglądać w TV amerykańskich czy kanadyjskich
programów, t.zw. "sitcomów" (situation comedy) z udziałem
wyszczekanych dzieci. W tych półgodzinnych antypouczających epizodach,
rozpuszczonej jak dziadowski bicz, rozbestwionej bandzie gówniarzy, wkłada się
w usta słowa, na które one same nigdy by nie wpadły. Uczy się ich braku
poszanowania dla autorytetów, uczy jak ciągnąć łacha z rodziców,
nauczycieli, dorosłych w ogóle. A utrwalony na taśmie "gromki śmiech"
sugeruje niewybrednym widzom, że coś tam właśnie było śmieszne i, że z
tego należy się śmiać. Jako, że bez tego audialnego "suflera",
sami nie potrafią dojść do tej epokowej konkluzji.
NIE LUBIĘ chamstwa.
LUBIĘ czekoladę i słodycze w ogóle. Ale biodra oponują.
UBÓSTWIAM grać w sportowego brydża.
CHCIAŁABYM mieć znowu psa. Koniecznie ze schroniska.
LUBIĘ wiosnę i jesień. Nie lubię tutejszej zimy. Lata
nie pamiętam. Było?
KOCHAM świat i dobrych ludzi!
ŻYCIE
jest piękne!