SPACERKIEM PO ALBUMIE
Doprawdy nie wiem dlaczego moi
Czytelnicy tak sobie upodobali moje stare wspomnienia z zamierzchłych czasów.
Z czasów Króla Ćwieczka. I, stale się o nie dopominają. Co
znowu jest w nich aż tak bardzo ciekawego? Wszyscy byliśmy kiedyś
młodzi, wszyscy popełnialiśmy jakieś głupstwa, wszyscy
gdzieś, kiedyś, szaleliśmy na swój sposób. A, że ja akurat
w Londynie? Toż to zupełnie nieistotne. Szaleć można wszędzie.
Szaleć przecież należy. Bo młodość trwa niewspółmiernie
krócej, aniżeli się tego spodziewaliśmy. Ale kiedy szaleństwo
nie idzie w parze z młodością – przestaje być śmieszne.
No, ale skoro tyle Czytelników prosi…
Dobra Bozia zadba o to, że przeżyjemy
Święta cali i zdrowi, najwyżej nieco przeżarci. Za rączkę
przeprowadzi nas przez Sylwestra, no, może z mniejszym lub większym
kacem. Ale kiedy przenicowany żołądek powróci na swoje miejsce,
kiedy głowa przestanie wirować pod sufitem i odnajdzie swe właściwe
miejsce na karku, kiedy ta przeklęta kicia przestanie tupać po dywanie
– mam nadzieję, że wszyscy mile będą wspominać
przywitanie Nowego Roku 2012 i życzyć sobie, ażeby tylko nie był
gorszy od obecnego!
Jak także wybieram się na
Sylwestra. Ale zanim zacznę kompletować strój i akcesoria, naprzód
zasiądę w moim ulubionym fotelu ze szklanką aromatycznej herbaty
i odbędę krótką pielgrzymkę w przeszłość.
Taką już sobie stworzyłam własną, noworoczną
tradycję. Jak co roku, wyjmę z półki stary, sfatygowany,
nadgryziony długim zębem czasu, „sylwestrowy” album. Przez pół
godziny i firankę ciepłych łez, popatrzę sobie na moich
drogich nieobecnych i pożyczę im, tam na górze, dosiego roku na
najbardziej różowej chmurce, jaka im podleci.
I, jak co roku, znowu zatrzymam się
na dłuższą chwilę przy bliskim mi, acz „groźnym”
triumwiracie. O! Na tej właśnie fotografii stoją w całej
swej krasie. Trzej „muszkieterowie” w smokingach. Wysocy, eleganccy, uśmiechnięci
od ucha do ucha. I, jak zawsze, podpierają bar w „Ognisku”. Tym samym
„Ognisku”, który
Ta przystojna trójka to mój Mietek i
jego najbliżsi przyjaciele Bolek i Stefan. Tych dwóch braci, wraz z
wieloma innymi swymi kumplami, Mietek wniósł jako swoiste wiano w nasze małżeństwo.
Same staruchy! Tutaj należy wyjaśnić, że w oczach nastolatki,
każdy po 30-stce (poza własnym mężem) był widziany jako
próchno i już! Tego próchna w moim domu było wiele. Szkoda, że
nie chciało się świecić. Na elektryce bym zaoszczędziła.
Każdy kulawy kaczor, każdy samotnik, każdy nieudacznik czepiający
się życiowego tramwaju, wszyscy znajdowali u mojego Mietka życzliwe
ucho, otwarty portfel i, na moje nieszczęście, otwarte drzwi do
naszego domu. Mietek uważał, że jest to zwykła, koleżeńska
solidarność. I ofiarność. „Samotnych trzeba przygarniać”
- twierdził. Ja zaś uważałam, że jest to zwykła,
pospolita granda, tak nachalnie i nieustannie tabunami nas nachodzić.
Ale wróćmy do Sylwestra. Od
dawien dawna, polskie bale sylwestrowe w Londynie miały swoją renomę.
Były niezwykle wytworne. Wszak bawiła się śmietanka
towarzyska. Niektórzy panowie często-gęsto nie mieli co do gęby
włożyć, ale smoking z dodatkami był ich pierwszym,
nieodzownym zakupem. Panie, które umiały szyć - były wygrane.
Oszczędzały krocie. Pozostałe zmuszone były nabywać swe
kreacje w rozmaitych domach mody. Ja też. Dobrze, że mam ten album. Po
tylu latach wciąż mi przypomina gdzie i co na sobie miałam. Ot,
były czasy…
Mietek-elegant też zmieniał
smokingi jak rękawiczki. Jak dyktowała moda. A to jednorzędowy, a
to dwurzędowy, a to szalowy, a to granatowy (z niebieską koszulą
z riuszkami) i takimże cummerbundem. A
to… Za Beatlesów, panowie nosili smoking z białym, jedwabnym golfem.
Muszki już niet! Odleciała. Mick Jagger z „Rolling Stones’ów nosił
smokingową marynarkę na gołym ciele i dżinsy. Jeszcze później
nastała moda na stójkę a la
Mao-Tse-Tung. Też z golfem. Dopiero po latach, po wielu zwariowanych
wybrykach projektantów mody, nastąpił powrót do tradycji.
W mojej wczesnej młodości,
zanim zaczęliśmy witać Nowy Rok w angielskich lokalach,
najbardziej prestiżowego Sylwestra oferowało właśnie „Ognisko”.
Piękna, secesyjna, stylowa kamienica z łatwością mieściła
kilka setek balujących gości. Kongę tańczyło się
poprzez cztery kondygnacje. Wszyscy tańczyli. Wszyscy szaleli. Całowali
się nawet obcy. Joie de vivre była
hasłem nocy. Na głównej sali, do tańca przygrywała
orkiestra Ryszarda Franka. Frank przed wojną był akompaniatorem Hanki
Ordonównej. Był lwowiakiem, jednym ze starszych kumpli Mietka. Bywał
u nas często. Z upływem lat i ilością spożytego
alkoholu, stawał się coraz bardziej rozmowny. Także mniej
dyskretny. Coraz więcej szczegółów z jej bujnego życia ujawniał.
Jeśliby mu wierzyć, mogłabym dzisiaj napisać książkę
o Ordonównej, jaką nikt jej nie znał ani się spodziewał.
Wykwintna, składająca się
z wielu dań, kolacja w „Ognisku” była zawsze wyśmienita. Co
roku podawano nowe, wyszukane, czasami nawet szokujące, ale zawsze smaczne,
dania. Trunki wszelkiego kalibru kusiły osobliwymi etykietami do baru, ale
prym nieodmiennie wiodły whisky z sodą (nigdy z lodem!
Fi donc!) i polska „Wyborowa”. Pudła pełne wymyślnych
kapelusików, diademów, fujarek, konfetti i serpentyn czekały na północ.
Później niezliczonym niespodziankom końca nie było.
Przy reprezentacyjnym stole zasiadał
gen. W. Anders z małżonką i swoim entourage.
Bal zaczynał się na dobre dopiero wtedy, gdy po kolacji, „generalsza”
pierwsza ruszała w tany. Kończył się rano „białym
mazurem”, kiedy nastawał świt. Generał nigdy nie tańczył.
A oto dygresja drobna taka: kiedy kilkanaście lat temu „generalsza”
występowała w Mississauga z zespołem Wojtka Młynarskiego, w
czasie antraktu poszłam za kulisy odwiedzić ją w garderobie. Padłyśmy
sobie w objęcia. Ja ją spytałam, co ona robi w krajowym teatrze;
ona mnie spytała, co ja robię w Kanadzie. Nie było czasu na tłumaczenia.
W trakcie krótkiej, ale za to jak karabin maszynowy szybko prowadzonej rozmowy,
wspomniała z nostalgicznym uśmiechem, że mój Mietek był
jednym z nielicznych panów, z którym ona ubóstwiała tańczyć.
Takich tancerzy się nie zapomina! Zrobiło mi się miękko na
sercu, kiedy to usłyszałam. I pewnie dlatego nie zdobyłam się
na to, ażeby jej powiedzieć, że czas doprawdy jest najlepszym
lekarzem. Bowiem ja ją WTEDY wręcz za to nienawidziłam. Za te
karkołomne tanga. Za te rumby. Za tego mazura. Że z nią go tańczył.
Nie ze mną. Ale co tam! „Generalsza” nie żyje od roku, Mietek nie
żyje od dekad; co im będę żałowała.
Te polskie bale były cudowne, ale
miały jeden wielki mankament. Za wiele przyjaciół! Z góry wiedziałam,
że Mietek się urżnie. Bo kiedy przebrzmią ostatnie takty
„Auld lang syne” (nieoficjalnego, szkockiego hymnu noworocznego), i łzawe
zawodzenia rodaków: „Góralu, czy ci nie żal”, nas będzie czekała
jeszcze jedna kakofonia. A następowała murowanie, kiedy nasz stół
otaczała zgraja jego już mocno zawianych przyjaciół i ryczała,
jakby ich zarzynano: „sto lat, Mieciuszka!” I każdy chciał stuknąć
się z nim kieliszkiem czy szklaneczką. I każdy chciał osobno
wznieść toast za jego zdrowie. Bo od pięciu minut były już
także jego imieniny. Mietek nigdy nie odmawiał wypicia toastu, szczególnie
za swe zdrowie. Choć go zawiodło i bardzo wcześnie opuściło.
Ględzę? Sorki. Szybciutko
wracam do tematu. Do tych fotografii. Bolek był Mietka parą dyszlową
jeszcze w podchorążówce. Po latach odnaleźli się w Tobruku.
Razem służyli w 3-ciej DSK (nie pamiętam, w którym
Na Bolka czekał w Anglii jego dużo
starszy brat, Stefan. Też prawnik, też ze Lwowa. Stefan był
starym kawalerem, ale miał już dom. Bracia zamieszkali razem. Stefan
stał się Bolka cieniem. Nie odstępował go ani na krok.
Trzymał się jak rzep kożucha, głównie dlatego, że
Bolek miał bogate życie towarzyskie. Nie miał jednakże Bolka
polotu ani galanterii; nie był też łatwy w pożyciu. Stąd
wieczne spięcia. Bracia mieli serca ze złota, kochali się bardzo,
lecz ciągle się kłócili. Żarli się o byle co. Dobrze,
jeśli po paru kieliszkach następowała tylko jakaś mała
słowna utarczka czy nieduża awantura. Mietka to nie ruszało.
Przywykł. Ale ja nie. Do tego miałam tym starym satyrom za złe,
że nie potrafili zrozumieć, że ich „nasze kawalerskie” skończyło
się bezpowrotnie. Dawno powinno było wyzionąć ducha przed
drzwiami wejściowymi do naszego domu. Mietek był teraz mężem
i ojcem; miał obowiązki. Nie miał czasu na brewerie. Prawdę
powiedziawszy, wtedy miałam im za złe właściwie wszystko.
Nawet to, że w ogóle żyją. A dzisiaj? Dzisiaj, kiedy patrzę
na nich, tych przystojniaków w smokingach – łza się w oku kręci.
I, jak brzmi stara piosenka, teraz wiem, że „to były piękne dni”…
O! Tę noc pamiętam doskonale.
Obrano mnie królową balu! A jakże! Na następnej fotografii,
malutka Zosia Terne, ale taaaaka sława, wręcza mi przepiękny
bukiet pąsowych róż. Na kolejnej fotografii, już po „koronacji”,
stoję dumna na podium, już w pełnej gali. Na głowie korona,
szarfa przez piersi, kwiaty, berło i długa, purpurowa peleryna. Gryząca
się przeraźliwie z moją wyszukaną suknią. Albowiem na
ten bal sprawiłam sobie szałową toaletę, wierną kopię
jednej z ostatnich kreacji królowej, z jakiegoś tam balu w Windsor. Suknia
do ziemi. Z czarno-białej satyny. Gołe ramiona. Żadnej biżuterii.
Tylko długie, za łokieć białe, satynowe rękawiczki.
Fryzjer także spisał się na medal. Na fotografii wyglądam
bardzo dorośle i dystyngowanie. Wręcz posągowo. Ale czy dlatego
zostałam królową balu? Bo taka elegancka? Taka postawna? Szczupła,
wysoka, piękna i młoda? A…guzik!
Wtedy nie byłam świadoma, iż
jest to moja inicjacja w manipulację. Moje pierwsze w życiu spotkanie
z oszukańczymi wyborami. Dopiero dużo później dowiedziałam
się od znajomych, że to braciszkowie z piekła rodem, po prostu
wykupili 70% głosujących biletów. Jeden bilet kosztował wtedy pół
korony (wielkie pieniądze), a Stefan z pieniędzmi się nie liczył.
Organizatorom też było absolutnie „wsio rawno” kto konkurs wygra. Byleby oni zarobili. A ja, durna,
myślałam, że wygrałam uczciwie, bo jestem taka „ciudna”.
Boże! Że też ta młodość jest taka arogancka! I głupia
zarazem. Kiedy poznałam prawdę, nastały u nas ciche dni.
Podejrzewałam, że mój mąż też maczał w tym
matactwie palce. Dopiero, kiedy Mietek dał mi słowo honoru (a nie miał
w zwyczaju tym słowem szafować), że nie miał najmniejszego
pojęcia o tym, co uknuli braciszkowie – dałam się przekonać.
Mietek przypuszczał, że znając moje negatywne do nich nastawienie,
wykorzystali moment i sytuację ażeby mnie się podlizać i
wkupić w moje łaski.
A tutaj, na innej fotografii – znowu
oni. Tym razem z Heniem. Ja jestem cała w złocie. Długa, złota,
brokatowa, opięta suknia, rozcięta na lewej nodze prawie aż pod
pupę. Miało się kiedyś figurę, oj miało! Złote
pantofle na koturnach i złote kolczyki, prawie do ramion. Moda, jak fortuna
– kołem się toczy. Dzisiejsze elegantki prochu nie wymyśliły,
kiedy nimi kołyszą przy każdym obrocie głowy. Ich babcie w
namiętnym tangu dużo wcześniej i lepiej głowami (i nie tylko)
kręciły.
Ale miało być o Heniu, prawda?
Otóż ten Henio był dalekim krewnym, którego obecność w
Anglii, braciszkowie dopiero niedawno odkryli. List do redakcji jedynej (sic!)
polskiej gazety w Anglii, sprawił ten cud. Henio był geologiem.
Pracował i mieszkał na prowincji, gdzieś w Gloucestershire. Tak
jak jego krewniacy, finansowo był niezależny. Także samotny. Pociąg
do szklaneczki też miał podobny. Czyżby rodzinna cecha?
Henio, ausgerechnet na Sylwestra zatęsknił nagle za familią.
Tęsknotę ukoił natychmiast, bez uprzedzenia stając na ich
progu. Na szczęście zjechał do Londynu już w południe.
A, że miał przeciętną figurę, bracia zdążyli
jeszcze wynająć mu smoking. Mieli fart, bo run na ten rodzaj odzienia
był w tym dniu kolosalny. Kartę wstępu na bal też jakimś
cudem zdobyli, chociaż każdy wiedział, że od dwóch miesięcy
wszystkie bilety były dawno wyprzedane. To pewnie Stefan znowu kogoś
przekupił. No cóż. Kto smaruje – ten jedzie…
Ale Henio nie czuł się
swobodnie w nieznanym sobie splendorze londyńskiego „hajlajfu”. Więc
dla kurażu, zaczął wlewać w siebie coraz większe ilości
alkoholu. Ululał się dokumentnie jeszcze przed kolacją. Kiedy
panowie wreszcie pojęli, że w żaden sposób nie da go się
utrzymać w pozycji siedzącej, spokojniutko ujęli go pod bezsilne
ramionka i z dyndającymi się równie bezwładnie nóżkami, na
oczach wszystkich wytwornych gości (ach! Te jaskrawe żyrandole!),
wytaszczyli go jakoś z budynku i dowlekli do ich samochodu. Ułożyli
na tylnym siedzeniu i troskliwie okryli swoimi płaszczami. W tym, także
Bolka ukochanym płaszczem z wielbłądziej sierści. Bardzo
kosztownym. Wnet, w szale szampańskiej zabawy, kompletnie o Heniu
zapomnieli. Po balu zaoferowali się odwieźć dwie samotne,
nowopoznane panie, hen „za Wisłę”, czyli na drugą stronę
Tamizy. Dlaczego te panie były same – żaden z nich dokładnie
nie wiedział. Rzekomo pożarły się z kimś w swoim
towarzystwie i, obrażone, opuściły stolik. Obie panie, także
niewąsko podlane, chichocząc rozkosznie, usiłowały rozgościć
się na tylnym siedzeniu, ale im to absolutnie nie wychodziło. Ciągle
z niego spadały. Toteż, z niemałym zresztą trudem, po prostu
wypchnęły na chodnik „jakieś szmaty”, które powodowały
ich niewygodę.
Kiedy myśmy opuszczali „Ognisko”
kilka chwil później, dwóch obcych, też dobrze zawianych facetów,
usiłowało „zaopiekować się” eleganckimi okryciami. Ale,
chwiejąc się na nogach, nie dawali rady. Bo ta kupka sukna ani rusz
nie dawała się podnieść. Mietek natychmiast rozpoznał płaszcz
Bolka i wkroczył do akcji. Dzięki jego interwencji, Henio nie sturlał
się na jezdnię i nie zginął marnie pod kołami jakiegoś
samochodu. Nie było sensu odwozić go do braciszków. Albo nie było
ich jeszcze w domu, a jeśli byli – przypuszczalnie byli inaczej zajęci.
Nie było wyboru. Trzeba było Henia, wraz z płaszczami z odzysku,
zabrać do naszego domu.
Była po piątej rano. Mnie się
już ziemia pod nogami paliła. Śpieszyło mi się ogromnie,
bo musiałam jechać do pracy. W tamtych czasach dzień noworoczny
nie był jeszcze dniem wolnym od pracy. To barbarzyństwo zlikwidowano
aktem parlamentu dopiero w 1974r. Mietek miał to w nosie; mógł sobie
pozwolić na luksus słodkiego spanka a choćby i do południa.
Wszak był własnym bossem. Toteż z miejsca legł pokotem. Ja
kontemplowałam zamknięcie powiek na dwie godziny w wygodnym fotelu, później
szybką kąpiółkę, podparcie powiek zapałkami i hajda do
instytutu. Ale nie dane mi było. Zadzwonił telefon. Wystraszony Bolek
donosił grobowym głosem, że zgubili Henia. Czy my czegoś nie
wiemy? Co oni mają zrobić? Czy zawiadomić policję? Odechciało
mi się spać a zachciało zabawy w kotka i myszkę. Dłuuuuugo
trzymałam go na drucie. Jak to zgubili? Przecież sami go z sali zgarnęli.
We własnym wozie umieścili i wóz na cztery spusty zamknęli. Jak
można zgubić taką kłodę? Gdzie jest samochód? A gdzie
są panienki? Maglowałam jak mogłam. On zwijał się jak
piskorz a ja miałam pacałychę. W końcu musiałam się
przyznać, że zguba leży u nas na kanapie i czeka ażeby ją
sobie zabrali. Oni chyba lecieli, a nie jechali, bo nawet wykąpać się
nie zdążyłam.
O! A na tej z kolei fotografii, jestem
cała w szafirowym aksamicie. Szerokie rękawy, stan pod piersi,
a la princesse. Kloszowa spódnica do ziemi. Pamiętam, że każdy
krok sprawiał, że spódnica falowała miękko i, nie wiem
jakim cudem, zmieniała przy tym odcień. Wszyscy się na nią
gapili, jak sroki w kość. Ja też.
Kolejna fotografia jest oczywiście
ze Sylwestra; datuje się chyba dwa lata przed Heniowym incydentem. I, jak
zawsze, z pod znakiem groźnych braciszków. Uroczystą nocą, która
przecież musiała zakończyć się jakąś draką.
Problem
powstał jeszcze na wiosnę. Pewnego majowego poranka, po zabalowaniu na
potęgę na czyichś imieninach. Obaj panowie, podpierając się
wzajemnie ażeby utrzymać pion, stali na krawężniku ponad
godzinę, bezskutecznie usiłując zatrzymać taksówkę.
Nawet z musu, jako-tako wytrzeźwieli. Wtedy Stefan oświadczył,
że ma dosyć tego wiecznego wyczekiwania na taksówkarzy, którzy zechcą
lub nie zechcą zlitować się nad bożymi pijaczkami. I, podjął
epokową decyzję. Kupi własny samochód!
Aliści zakup uzależnił
od tego, czy Bolek obieca, że będzie robił za szofera. Stefan
wozu prowadzić nie umiał. Także nie zamierzał się uczyć
ani zdawać prawo jazdy. Natomiast Bolek, uszczęśliwiony wizją
posiadania samochodu, diabłu cyrograf by podpisał, a co dopiero taką
drobnostkę jak danie bratu obietnicę, że oczywiście będzie
jego kierowcą. Co, przy zachodnich odległościach, znaczy
posiadanie własnego samochodu – wiemy wszyscy, prawda? Funkcjonalność,
komfort i wygoda niebywała. Wygoda przez wielkie „W”. Czego jednakże
nie przewidział to to, że Stefan okaże się najgorszym na
świecie „side seat driver” (ktoś, kto nieustannie przygaduje i „poucza”
kierowcę). Gęba mu się nie zamykała. Jego niekończące
się tyrady nawet świętego mogłyby do grzechu doprowadzić.
Mieli teraz nową kość niezgody; powód nieustawicznych scysji.
Jeden się darł, że bez jego pieniędzy nie byłoby
samochodu, a drugi, że bez jego prawa jazdy, metalowe pudło stałoby
przed domem jako rekwizyt a oni dalej drałowaliby na piechotę. Golone
– strzyżone…
Ten Sylwester też musiał być
konfliktowy. Inaczej być nie mogło. Jak mieliśmy się później
dowiedzieć, Stefan pyszczył przez całą drogę do domu.
Krytykował Bolka jazdę. Docinał. Pouczał. Denerwował.
Bolek uprzedzał go kilkakrotnie, że jak nie zamknie jadaczki, zostawi
go w pół drogi. Niepokorny Stefan jadaczki nie zamknął. Toteż
Bolek groźbę wykonał. Zatrzymał samochód na światłach
wielkiej przelotówki. Po prostu złapał swój płaszcz, wysiadł
z wozu i nie oglądając się nawet, poszedł sobie w białą
już noc.
Choć ruch nie był zbyt wielki,
powstał jednak mętlik. Pojawił się samotny policjant. Tutaj
pozwolę sobie na następną dygresję: w dzisiejszej dobie i
erze doprawdy trudno jest uwierzyć, że każdą dzielnicę
angielskiego miasta patrolowali na piechotę, a jakże! – nieuzbrojeni
stójkowi. Angielscy policjanci są nieuzbrojeni do dnia dzisiejszego. W
XXI-wieku! Jeśli bandzior nie ma spluwy, to ma nóż. Lub, co najmniej,
kij baseballowy. A co ma policjant na swoją obronę? Ano, ma gumową
pałkę! Ale wróćmy do policjanta na przelotówce.
Był młodym chłopakiem,
niedoświadczonym żółtodzióbem, pewnie prosto po szkole
policyjnej. Stefan powiedział mu, co się stało. „Bobby” (przydomek
brytyjskiego policjanta) zapytał go gdzie mieszka. Stefan powiedział,
że za rogiem. Policjant zamiast wezwać pomoc drogową i wlepić
mu mandat, westchnął ciężko, zdjął hełm (w
Anglii, policjantowi w hełmie nie wolno prowadzić żadnego pojazdu),
wsiadł za kierownicę i zawiózł go do domu. Dwie minuty roboty.
Wdzięczny i uszczęśliwiony Stefan chciał się koniecznie
jakoś odwzajemnić. Zaczął nakłaniać go ażeby
wszedł do domu na jednego drinka. Chłopak tłumaczył, że
bez nakazu, jemu do żadnego domu wchodzić nie wolno. Ale, w mroźny,
noworoczny ranek, drinka nie odmówi. Pewnie spodziewał się
szklaneczki whisky ze sodą albo małego kieliszka koniaczku. Na pewno
nie spodziewał się, że Stefan uraczy go pełną szklanką
wódki (wódka nie była wtedy jeszcze „modna” wśród Anglosasów)
i, namówi go, ażeby dla rozgrzewki wypił jednym haustem. Chłopak
posłusznie szklankę wytrąbił. Zachłysnął się,
coś tam zabełkotał. Oczy wyszły mu z orbit i w ciągu dwóch
minut… zesztywniał. Stefan, przerażony, z miejsca wytrzeźwiał.
Podparł go dwoma pojemnikami na śmieci i pocwałował do domu
po jakiś doraźny ratunek. Znalazł. Sznurem do bielizny przywiązał
sztywnego policjanta do sztachetek przy żywopłocie, a sam znowu
poleciał do domu dzwonić do nas o pomoc. Bolka wciąż nie było.
Pewnie ze złości poszedł w Anglię.
Błagałam Mietka, ażeby,
sam będąc na cyku, nie jechał do śmierdzącej sprawy.
Normalnie, najmniejszy wodotrysk z moich niebieskich oczu odnosił
natychmiastowy, i zamierzony, skutek. Nie tym razem. Nic nie pomogło. „Solidarny
kolega nie zostawia przyjaciół w biedzie” – powtarzał mi
cierpliwie. Nie chcąc ażeby on wsiadał za kierownicę, klnąc
pod nosem szpetnie, zawiozłam go moim samochodem na miejsce „zajścia”.
Gdybym na własne oczy nie zobaczyła tego widoku, tego policjanta ukrzyżowanego
na żywopłocie, nigdy w życiu w taką bajkę nikomu bym
nie uwierzyła.
Ale
uwierzyć musiałam. Bo bajka była! Gorzej. Wbrew moim przekonaniom
i ochocie, brałam w niej czynny udział. Stałam, bowiem „na
świecy”, kiedy oni tego biednego chłopca ze sztachetek zdejmowali i
do domu taszczyli. Stefan miał jakieś specjalne kropelki, którymi udało
im się go docucić. Epilogu akcji ratunkowej nie widziałam, bo
wymusiłam na Mietku natychmiastową rejteradę. Tchórz? Z pewnością.
Jednakże stanowczo wolałam ażeby nas tam nie było, kiedy chłopaczyna
oprzytomnieje. Do dzisiaj zastanawiam się, jak to się skończyło;
czy za jego dobre serce, nie ucierpiała aby kariera młodego
posterunkowego. Kiedy Bolek wrócił do domu około południa,
Stefan spał. Nieuszkodzony samochód stał przed domem. Nie rozumiał
jak się tam znalazł, aż się od nas dowiedział.
Mój dzisiejszy spacer po albumie nie
całkiem dobiegł końca. Ale ja muszę się już śpieszyć.
Jak dobra Bozia da doczekać, zajrzę tutaj znowu na drugi rok. Może
nawet już jutro…